Całe moje życie łapię się na tym, że próbuję biec szybciej niż jestem w stanie. Chciałabym doścignąć tę lepszą wersję mnie i być w końcu wystarczająco dobra. A ciągle czuję się za mało i niezbyt. Za słaba i niewystarczająca. Za mało utalentowana lub za mało pracowita.
Mówi się, żeby stawiać sobie poprzeczkę wysoko.
Trochę się
zgadzam, bo faktycznie warto się rozwijać i dążyć do tego, by być lepszym. Ale
zbyt wygórowane oczekiwania, którym nie jesteśmy w stanie sprostać, to już
perfekcjonizm. Takie oczekiwania prowadzą do poczucia porażki w momencie, gdy
im nie podołamy. Do samooskarżania się w myślach.
Jak najbardziej stawiajmy sobie poprzeczki, cele i oczekiwania.
Ale niech będą realne. Takie niewłaściwe oczekiwania mogą nie doprowadzić do
niczego dobrego. Pisałam już o tym w poprzednim poście.
Myślę, że Bóg ceni małe kroki bardziej niż magiczne przetransportowanie się od
razu do celu. Zauważyłam, że słynną frazę, że "nie wszystko musi się udać
od razu" łatwo skierować do innych, a dużo ciężej jest mi powiedzieć ją
sobie samej.
A może jednak dać sobie margines błędu? Przecież chcę się starać i
dać z siebie wszystko w każdej rzeczy, której się podejmuję.
Ale jeśli mi się
nie uda pomimo wysiłków, to nie chcę pozwalać na to, by oskarżenia w mojej
głowie mieszały mnie z błotem. Wstanę i spróbuję jeszcze raz. Każdy ma prawo do
drugiej szansy, włącznie ze mną. Nieudana pierwszą próba nie oznacza, że jestem
porażką.
Bóg jest Bogiem kolejnych szans.
Nie tylko drugiej szansy, ale
każdej kolejnej, której potrzebujemy po tym, gdy coś nam się nie uda. Nie
oczekuje, że pokonam całą drogę sprintem i bez potknięć.
Chce tylko, żebym
wstała i zrobiła kolejny krok do przodu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz