Akceptowanie procesu


Uczenie się śpiewania oprócz samej poprawy mojego głosu nauczyło mnie cenić proces.

Nauczyłam się akceptować siebie w procesie. Nauczyłam się akceptować to, że jeszcze nie umiem, tego, co chciałabym umieć. Może czegoś mi brakuje, ale to jest w porządku. O wiele bardziej liczy się to, że idę do przodu. Nie stoję w miejscu, a coś wychodzi mi lepiej niż jeszcze miesiąc temu.

Teraz o wiele bardziej lubię komplementy, które skupiają się na drodze, którą przeszłam, niż na miejscu, w którym aktualnie jestem. Mogłoby to być „zrobiłaś taki postęp, bardzo rozwinęłaś się przez ostatni rok”, zamiast „wow, ale dobrze ci wychodzi…” Lubię, gdy ludzie doceniają moją pracę, wysiłek i czas, który poświęciłam, bo dojść do jakiegoś miejsca. Sama też staram się zwracać na to uwagę u innych ludzi.

Półtora roku temu, gdy dopiero zaczynałam się uczyć, nieraz myślałam o tym, że nie zaczęłam się uczyć wcześniej. Żałowałam, że nie chodziłam na lekcje wokalne od gimnazjum czy liceum, tak jak inne osoby. To prawda, że dzisiaj pewnie byłabym jeszcze dalej, ale wtedy miałam też trochę inne możliwości, a skupianie się na miejscu, w którym mnie nie było, wciąż nie zaprowadziłoby mnie donikąd. Zamiast tego skupiłam się na miejscu, do którego mogłabym dojść, jeśli zacznę się uczyć.

Tak zrobiłam. Nie zobaczyłam wielkich rezultatów po tygodniu ani po miesiącu. (Będę szczera, prawda jest taka, że wtedy nie ćwiczyłam regularnie – może dlatego nic się nie działo.) Dzisiaj, po półtora roku, zaczynam widzieć trwałe zmiany, a takie właśnie są moim zdaniem najcenniejsze. Oprócz tego widzę zmiany w moim podejściu. Wciąż zdarza mi się w myślach zjechać mój biedny głos za to, że nie pracuje, tak jakbym chciała. Do tej pory często kusi mnie, by ponarzekać na miejsce, w którym jestem, albo raczej na to, gdzie mnie nie ma. Coraz częściej jednak wraca do mnie to, że na wszystko potrzeba czasu. Nie muszę osiągnąć wszystkiego przed trzydziestką. Wręcz odwrotnie – chcę sobie zostawić trochę do marzeń i celów na później! Nie chcę zrobić wszystkiego teraz – nie muszę, nie o to chodzi.

Liczy się to, żeby nie stać w miejscu, ale iść do przodu.

Byłoby miło mieć takie metaforyczne stumilowe buty, które przenosiłyby tuż pod życiowy szczyt, który chce się zdobyć. Niestety, to bajka. Prawda jest taka, że jeśli chcemy zdobyć ośmiotysięcznik, to trzeba przejść całą drogę od samego podnóża góry. Nic nie zawiezie nas magicznym sposobem na wysokość 7999 m.

Akceptujmy siebie. Nie oskarżajmy siebie za to, że nie doszliśmy jeszcze do celu. Akceptujmy miejsce w życiu, w którym właśnie się znajdujemy, ale też nie zostawajmy w nim za długo. Szukajmy sposobów, by iść kilka kroków do przodu i za jakiś czas być dalej.

I patrzmy do tyłu, żeby docenić siebie za drogę, którą już przeszliśmy.



żagle i Mazury - no kocham

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz